Już wkrótce ukaże się nowa książka Marcina Gienieczko “Zatańczyć z Amazonką”. Jej oficjalna premiera odbędzie się w Gdyni 30 lipca. Postanowiliśmy autora zapytać o szczegóły dotyczące genezy powstawania książki. Autor jest nietuzinkowym “globtroterem”, ma w swoim dorobku niesłychanie trudne i fascynujące dokonania podróżnicze, warto więc dowiedzieć się skąd biorą się takie pasje. Być może ktoś zainspiruje się jego słowami po naszym wywiadzie i oczywiście po przeczytaniu książki.

Płynął Pan po Amazonce. Co najbardziej pamięta Pan z tej wyprawy?

MG – W trakcie płynięcia? To pamiętam świt i zmierzch i 12 godzin codziennie wiosłowania, na początku z moim partnerem, później samemu. Polecam ten materiał filmowy który przedstawia cały ten projekt: https://www.youtube.com/watch?v=XmsdUQVr1Is


Całą historię opisał Pan w swojej najnowszej książce podróżniczej zatytułowanej „Zatańczyć z Amazonką”. Jak przebiegała praca nad nią?

MG – Ta książka nie miała nigdy powstać, gdyż założeniem projektu było najszybsze sportowe przepłynięcie Amazonki w canoe na dystansie, który przedstawiłem w tekście. Z tego powodu w trakcie wyprawy nie miałem czasu na robienie dużych notatek. Spoglądałem zazwyczaj tylko na dane z nadajnika GPS i mknąłem dalej. Do napisania tej książki zmusili mnie moi oponenci. Właściwie to dzięki nim postanowiłem, że do tańca z Amazonką zaproszę także Czytelników, a sam zamiast pagaja ująłem w dłoń długopis. Nad „Zatańczyć z Amazonką” pracowałem ponad trzy i pół roku, przebywając jako marynarz na statkach w żegludze śródlądowej. Podczas pisania książki korzystałem z archiwalnej korespondencji, którą wymieniałem z wieloma osobami przed, w trakcie i po wyprawie. Zdecydowałem się na ten krok, aby wiernie odwzorować rzeczywistość organizacyjną ekspedycji w Ameryce Południowej oraz sytuacje, z którymi zmagałem się już po zakończeniu amazońskiego triathlonu. Umieszczenie wzmiankowanej korespondencji ma tę dodatkową zaletę, że Czytelnik sam może wyciągnąć z niej wnioski, ocenić realia, w których się znajdowałem i przekonać o tym, że do samego zagadnienia „tańca z Amazonką” podszedłem profesjonalnie, kontaktując się przede wszystkim z ekspertami w dziedzinie eksploracji. Książka ta w założeniu jest formą spowiedzi, przyjacielskiej rozmowy, w której nie ma tajemnic. W żadnym razie moim celem nie było obrażanie czy przedstawianie poszczególnych osób w złym świetle. Pragnąłem ukazać Czytelnikom zdarzenia takimi, jakie były. Nie jest to jednak obiektywny, a subiektywny zapis – jak każdy człowiek odczuwam, myślę i postrzegam świat na swój sposób. Ludzie boją się takiej publikacji, np. festiwal „Kolosy” obawiając się, że przedstawię im prawdę, zawczasu wydał oświadczenie i odpowiada na moje zarzuty, które skierowałem do organizatora, gdy odkryłem nieprawidłowości. Natomiast moja żona, która przywłaszczyła cały nasz wspólny majątek, próbowała zastraszyć wydawcę, żeby zablokować wydanie książki. Dlaczego? Od roku walczy ze mną w sądzie o pieniądze w związku z przywłaszczeniem majątku wspólnego.

Opisałem też w książce strukturę i plan działań niektórych osób. To nie tylko książka o spływie Amazonką. Przepłynięcie Amazonki jest łatwiejsze niż życie z dnia na dzień po przepłynięciu. To książka też o życiu.


– Jakie były najtrudniejsze momenty podczas wyprawy?

MG – Opiszę jeden z nich tutaj: 

“- Za plecami słyszę warkot silnika. Dwóch Indian z wymazanymi na czerwono twarzami przepływa koło nas, patrząc wrogo. 

– Buenos dias! – krzyczy Gadiel, lecz ci nic nie mówią i płyną dalej. Zniknęli za zakrętem rzeki, która płynie znowu coraz szybciej. 

– Gringo, come! – ktoś krzyczy z niewysokiej skarpy.

Nie możemy się zatrzymać, bo płyniemy dość szybko, więc lekceważymy krzyki.

– Wiosłuj, Gadiel, wiosłuj – krzyczę do niego.

Nagle słyszymy strzał, odwracamy się z Gadielem za siebie. Za chwilę pada drugi strzał.

– Gringo, Gringo! – kolejny Indianin krzyczy z gliniastej skarpy, wymachując rękoma.

– Będą problemy, to Ashéninka, mówi przerażony Gadiel. 

Próbujemy zawrócić, ale szybki nurt nas porywa. Ktoś oddaje kolejne strzały w naszą stronę. Słyszę świst kuli koło canoe. 

– K****! Wciąż strzelają! – mój głos próbuje się przebić przez ryk rzeki.

Nie mogę zmienić kursu. Canoe wpływa między dwa głazy. Zakleszcza się. Napór wody jest coraz silniejszy, zalewa canoe. Łódka nabiera wody. Gadiel próbuje wyskoczyć z rzutką ratowniczą na głaz znajdujący się bliżej brzegu, lecz nie ma szans, aby dopłynąć do skrawka lądu. Nurt go porwie w mgnieniu oka. Indianie podpływają swoją łodzią z silnikiem 15-konnym Johnsona. 

– Wychodźcie! – wykrzykują.

Pokazuję, że canoe odpłynie. Przywiązują je do swojej łodzi motorowej i holują w górę rzeki jakieś 30 metrów. Mają wymalowane po trzy kreski na obu policzkach.

– To wąsy jaguara. Mamy przyjemność z tymi agresywnymi – mówi przyciszonym głosem Gadiel. 

Na brzegu zaczyna się nerwowe wypytywanie i krzyki. Na szyj mają mnóstwo koralików. Tylko nieliczni mieli na nogach buty. Ustawili się niemalże w szeregu z łukami i strzałami. Nosili dziwne szaty, rodzaj brązowego worka, który był uszyty ręcznie z jednego kawałka materiału tak zwanego cushamas.

Dwóch młodych Indian wymierzyło w nas karabiny. Szybka, niezrozumiała rozmowa ogranicza nas w celu czegokolwiek powiedzenia.

Pokazujemy cały swój sprzęt.

– Macie narkotyki? – pyta jeden z Indian.

– Nie, nie mamy.

– Kim jesteście? Co tutaj robicie? To teren Asháninka.

Gadiel próbuje uspokoić sytuację.

– Tutaj są nasze dokumenty od Prezydenta Regionu, pozwolenie Care – pokazuje dokumenty. Care, to indiańska organizacja zajmująca się opieką nad plemionami Asheninka zamieszkującymi dorzecze rzeki Ene. Mało kto z białych się tu zapuszcza, nawet żołnierze, więc tacy goście jak my są dla nich dużą niespodzianką, z którą nie wiadomo, co zrobić. Wiem, że miała wyruszyć parę miesięcy po naszej inna wyprawa z Polski, która zamierzała przepłynąć rzekę Amazonkę na rowerach wodnych. Zrezygnowała z tej części rzeki ze względu na liczne niebezpieczeństwa. Postanowili ominąć ponad 400-kilometrowy odcinek. Cztery miesiące przed naszą wyprawą Mirosław Rajter, który specjalizuje się w wyprawach po Peru, zorganizował mi wszystkie pozwolenia na przepłynięcie tego regionu. Otrzymaliśmy pozwolenie z centrali tamtejszego rządu Indian Ashéninka, z Satipo. Pokazuję je tutejszemu szefowi wioski. Patrzy, analizuje, próbuje przeczytać, choć większość Indian nie potrafi czytać w języku hiszpańskim.

– Czy macie jakieś prezenty? – pyta. 

 Gadiel daje mieszkańcom naszą żywność liofilizowaną. Wodzowi przekazuje scyzoryk szwajcarski oraz małą latarkę czołówkę. Oddaję coca colę. Podarunki dla miejscowych były bardzo ważne, oznaczają im jednocześnie przyjaciela.”

Po 20 minutach rozmowa się uspokaja.


Wiele osób marzy o ekstremalnym podróżowaniu po świecie. Od czego powinni zacząć?

MG – Ja zaczynałem od wyprawy Dookoła Polski rowerem, ale wyprawa ta się nie udała do końca przez powódź i wyjechałem w Bieszczady. W sumie od Bieszczad się dużo zaczęło. W 2019 roku zabierałem tam dzieci z Powiatowego Domu Dziecka w Kętrzynie, aby pokazać im miejsce, gdzie narodziły się moje marzenia. Również zabierałem tam swoich synów. Teraz pod koniec sierpnia będę tam trenował do kolejnego projektu sportowego. Moja baza znajduje się w Cisnej, schronisko „Pod Honem”


Co jest ważniejsze podczas takich wypraw – przygotowanie fizyczne czy mentalne?

MG – Myślę, że mentalne. Jeżeli w głowie jest emocjonalny bałagan, to nic się nie zrobi. Najważniejsze to mieć spokój wewnętrzny. Dlatego, aby dalej iść musiałem napisać książkę. W 2016 roku odkryłem nieprawidłowości na festiwalu „Kolosy” w Gdyni, próbowano mi odebrać rekordy. Organizator mówił, że odebrał mi nagrodę. Prawda jest taka, że nie przyszedłem po nagrodę, wysłałem kolegę, bo nie chciałem mieć takiej nagrody. Mówiąc po marynarsku, zlałem organizatorów i był śmiech na sali, że jak to ja bojkotuję? Przecież oni mi dali szansę. Źródło tutaj:

Tylko, że ja takich nagród nie uznaję. Nie chciałem tej nagrody i nie odebrałem, gdyż zauważyłem nieprawidłowości. Ale detalicznie opisałem to w książce ,,Zatańczyć z Amazonką”. Więc najważniejszy jest spokój, a później trening fizyczny. Obecnie mam ten spokój.


Jakie są Pana kolejne plany podróżnicze?

MG – Cel jest jeden: wielki trawers Antarktydy przez Biegun Południowy. Chcę dopłynąć tam „Zawiszą Czarnym”, legendarnym statkiem żaglowym. Najpierw popłyniemy do Brazylii, do Belem, później Manaus…, następnie z Manaus wrócimy i popłyniemy w stronę Antarktydy. Plan jest na 2023. Wcześniej robię trawers Spitsbergenu 2022 i Grenlandii. Oba projekty z partnerem, ale Biegun solo, chcę dokonać tego samotnie.


Według jakiego klucza decyduje się Pan na daną wyprawę?

MG – Muszę mieć dużą motywację. Od 25 lat podróżuję po świecie, organizuję też duże sportowe projekty, które np. docenił Prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki za podwójny trawers Gór Mackenzie (nikt do tej pory nie zrobił tej trasy). Track live tutaj: http://www.gienieczko.pl/tracking/canol2017. Otrzymałem list gratulacyjny od szefostwa polskiego sportu. Generalnie PKOL takich pism nie wysyła dla podróżników, ale ten wyczyn miał charakter sportowy i został tak uznany i doceniony.


– A gdyby miał Pan możliwość wrócić do któregoś kraju – który by to był i dlaczego?

MG – Uwielbiam Alaskę, tęsknię za Yukonem, lubię też Syberię, ale i Brazylię. Ale właściwie trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Każdy kraj, który chcę odwiedzić, ma inną specyfikę, kulturę, florę i faunę. Musi mieć olbrzymią przestrzeń jak np. Kanada, Syberia po prostu być duży.


– Nie pytam czy, ale o czym będzie Pana kolejna książka? 🙂

MG – Na razie o tym nie myślę, ale jeżeli bym miał wydać kolejną książkę, to teraz chciałbym się wyspowiadać komuś innemu. Np. projektem na Biegun jest zainteresowana wybitna pisarka Beata Biały, która „wyspowiadała” między innymi Kapitana Baranowskiego. Z Beatą jestem w kontakcie, chciałbym jej powierzyć to zdanie, o ile do tego dojdzie. Musi być to osoba z zewnątrz, nie ze środowiska. Poza tym, to bardzo dobra pisarka i dziennikarka, i dość urokliwa.


I na koniec: Czy nie ma Pan czasem ochoty zakończyć tę nieustanną pogoń za przygodą? Czy jest to po prostu silniejsze od Pana i nie wyobraża Pan sobie innego sposobu na życie?

MG – Nie jestem na to jeszcze gotowy, jestem uzależniony od wypraw sportowych. Moim celem jest Biegun Południowy. Jak już miałem ostatni etap wielkiego triathlonu przez Amerykę Południową, biegnąc 80 km   przez Belem nad Atlantyk, myślałem o Biegunie Południowym. Wyprawy to mój narkotyk, aby żyć muszę go zażywać. Mój metabolizm nie spada, a chcę dokonać jeszcze parę rzeczy w swoim życiu.   

Wywiad ekskluzywny Marcina Gienieczko dla yachtsmen.eu. Zdjęcia: archiwum Marcina Gienieczko.

 

Autopromocja