Sezon targowy się rozkręca, a to najlepszy znak, że coraz bliżej do rozpoczęcia sezonu na wodzie. Nie ulega wątpliwości, że będzie to kolejny rok, w którym pojawi się jeszcze więcej modeli łodzi z napędem elektrycznym. Korzystając z zaproszenia stoczni Frauscher, pokażemy Wam, że nie taki diabeł straszny…
Wielokrotnie już mieliśmy okazję testować jachty motorowe z napędem elektrycznym. Nie mieliśmy jednak wielu okazji, aby na takiej łodzi spędzić cały dzień i zobaczyć, jak taki napęd sprawdza się w normalnym użytkowaniu.
- Czy spędzając cały dzień na łodzi z takim napędem, będziemy w stanie powrócić do portu bez obawy, że nagle zabraknie nam energii?
- Czy nagle, na środku jeziora nie będziemy musieli wypatrywać najbliższego portu z możliwością podłączenia łodzi do prądu?
- Czy naprawdę jest tak cicho?
- A co się stanie, jak włożę rękę do wody?
Weekend z “elektrykami” Frauscher – nasze doświadczenia
Najczęściej, testowane przez nas łodzie elektryczne, to jednostki prototypowe. Na testy zapraszane są grupy dziennikarzy i każdy z nas chce na własnej skórze doświadczyć, jak się sprawuje dany jacht, jakie ma osiągi, zużycie energii, zasięg. Każdy testujący, przyzwyczajony do łodzi z napędem spalinowym, podobniev sprawdza łódź elektryczną, pływając z maksymalną prędkością. Dlatego zdarza się, że na testowanej jednostce energii ubywa znacznie szybciej, niż miałoby to miejsce podczas normalnego pływania z rodziną i przyjaciółmi. Zdarza się, że część testerów musi czekać do następnego dnia, zanim baterie na łodzi nie zostaną odpowiednio doładowane.
Często zapominamy, że nawet na łodzi z tradycyjnym napędem spalinowym nie pływamy cały dzień z maksymalną prędkością. Kto by na to zarobił?!
Nie jestem wielkim fanem “elektryfikacji” jachtów motorowych. Przecież nie da się załadować jachtu na lawetę, jeżeli stanie gdzieś na wodzie z powodu braku energii elektrycznej. Co z jachtami pełnomorskimi?
Nie da się też ukryć, że łodzie elektryczne to trend, którego już nie można powstrzymać, a najlepszym dowodem niech będzie ilość jachtów z takim napędem, zaprezentowanych na zakończonych właśnie targach boot Dusseldorf. Niemal każda stocznia ma w swojej ofercie motorówkę z silnikiem, napędzanym energią elektryczną.
Jak mówi Piotr Bałtroczyk: “Można się z koniem kopać, ale przyjemność żadna”.
Weekend z “elektrykami” Frauscher – zaproszenie z Austrii
Bardzo się ucieszyłem, kiedy nasi przyjaciele ze stoczni Frauscher zaproponowali nam spędzenie weekendu na ich elektrycznych łodziach, na jeziorze Traunsee.
Naszym zadaniem było, przyjechać do Gmunden, oryginalnej siedziby firmy, odebrać łódź z należącej do firmy mariny i spędzić dzień, w pełni korzystając z uroków wypoczynku na łodzi na otoczonym górami jeziorze. Piękny plan!
Weekend z “elektrykami” Frauscher – 740 Mirage Air na „pierwszy ogień”
Pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe i zameldowaniu się w hotelu, otrzymaliśmy kluczyki do łodzi Frauscher 740 Mirage Air. Jacht napędzany był najmocniejszym, dostępnym dla tej jednostki stacjonarnym silnikiem Torqeedo Deep Blue 100i o mocy 110 kW, który zasilany był zestawem dwóch baterii BMW i3 o pojemności 40 kWh każda.
Taki zestaw, przy w pełni naładowanych bateriach, w teorii powinien nam wystarczyć na przepłynięcie 32 km z prędkością maksymalną i aż 110 km, płynąc z prędkością 10 km/h. Jezioro Traunsee ma długość 12 km, nie powinno zatem być problemów z powrotem do portu. Nawet płynąc stale z maksymalną prędkością.
Lipcowy wyjazd do Gmunden nie był testem łodzi, a próbą przełamania naszych obaw związanych z pływaniem na “elektryku”, dlatego nie będziemy prezentować wykresów zużycia energii i prędkości. Opowiemy o naszych wrażeniach.
Weekend z “elektrykami” Frauscher – zaczynamy testy
Odpowiednio zaprowiantowani, na wodę ruszyliśmy około godziny 15. Pierwsze, co sprawdziliśmy, to czy łódź “pójdzie” w ślizgu. Bez najmniejszych problemów! Następnie sprawdziliśmy, takie zboczenie zawodowe, jaka będzie prędkość maksymalna? Elektrycznego Frauschera rozpędziliśmy do maksymalnej prędkości 46 km/h, czyli około 25 węzłów. Dla pewności, rozpędzaliśmy go tak po kilka razy, bo przecież, czemu nie?
Jeżeli ktoś powie, że “elektrykiem” nie da się pływać szybko, to my stanowczo zaprzeczamy! Da się, bez problemu, trzeba tylko zapewnić odpowiednią moc silników. Czyli, normalnie, jak przy tradycyjnych jednostkach.
Zużycie energii podczas pływania z maksymalną prędkością wynosiło ponad 110 kW i powiem szczerze, że patrząc na drastycznie malejący zasięg łodzi, trochę zaczęliśmy się obawiać, czy uda nam się wrócić do portu. Jakby zupełnie zapominaliśmy o szybko pokonywanym dystansie.
Po kilku “wygibasach”, sprawdzeniu zwrotności przy dużej prędkości, próbach przecinania fali pod różnym kątem, pływaniu na biegu wstecznym, stwierdziliśmy, że przecież nikt nas nie goni, nie jesteśmy na teście i możemy poprostu korzystać z uroków posiadania luksusowej łodzi motorowej.
Zmniejszyliśmy naszą prędkość do 10 węzłów (około 19 km/h), zużycie energii spadło o około 70%, a pokazywany na mapie i wskaźnikach zasięg drastycznie wzrósł.
Postanowiliśmy spróbować, czy płynąc tak relaksacyjnie, dopłyniemy na drugi koniec jeziora, do Ebensee i wrócimy bez konieczności holowania do najbliższej mariny.
Obraliśmy kierunek, ustaliliśmy prędkość na 10 węzłów i przyjemnie spędzając czas na pokładzie ruszyliśmy w drogę.
Jedyny hałas na łodzi to szum wody i wiatru. Silnik jest praktycznie niesłyszalny, nawet przy maksymalnej prędkości.
Mimo, że do Gmunden przyjeżdżamy od wielu lat, to jeszcze nigdy nie udało nam się popłynąć na drugi kraniec jeziora. Dopiero teraz, elektrycznym Mirage Air dopłynęliśmy do Ebensee. Część jeziora bliżej tego miasteczka jest otoczona górami i dzięki wiatrom, bardziej popularna wśród żeglarzy. Samo Ebensee jest bardziej przemysłowe i nie tak malownicze, jak Gmunden.
Po osiągnięciu naszego celu zorientowaliśmy się, że dosyć mocno “skurczył” nam się czas i pewnie ostatnie kilka kilometrów powrotnej podróży będziemy musieli popłynąć szybciej niż 10 węzłów. Obiecaliśmy wrócić około 18-19.
Mniej więcej, w 3/4 dystansu do Gmunden stwierdziliśmy, że nawet gdybyśmy odłączyli jedną baterię, to energii mamy taki zapas, że bez najmniejszych problemów możemy popłynąć szybciej.
W marinie okazało się, że podczas naszej całej podróży, która trwała blisko 4 godziny, podczas której pływaliśmy z maksymalną prędkością wykonując najróżniejsze manewry i popłynęliśmy na drugi kraniec jeziora pokonując około 30 km, zużyliśmy jedynie około 20% energii z baterii! Byliśmy tym bardzo zaskoczeni! Natomiast obsługa mariny była zdziwiona, że chciało nam się płynąć taki kawał, bo nawet oni nie pływają aż tak daleko.
Weekend z “elektrykami” Frauscher – dodatkowe funkcje
Wpływając do portu, nauczyliśmy się jednej rzeczy. Elektryczne silniki są niezwykle ciche i manewrując w porcie, możemy nieświadomie zbyt mocno „wyłożyć” manetkę. Na szczęście, wpływając do mariny możemy włączyć tryb redukcji mocy, zapewniający bezpieczeństwo manewrowania. Śmieliśmy się też, że w przypadku łodzi elektrycznych, to ster strumieniowy jest głównym źródłem hałasu.
Po oddaniu Mirage Air w marinie w Gmunden, umówiliśmy się na kolejne pływanie i poszliśmy odpocząć po podróży i wrażeniach pierwszego popołudnia na Traunsee.
Weekend z “elektrykami” Frauscher – TimeSquare 20 i „dolce far niente”
Następnego dnia rano zameldowaliśmy się na pokładzie najnowszej jednostki zbudowanej przez stocznię Frauscher, katamaranie TimeSquare 20.
Łódź napędzana była dwoma przyczepnymi silnikami Torqeedo o mocy 10 kW każdy. Motory były zasilane akumulatorami o pojemności 30 kWh.
Był to dokładnie ten sam, wystawowy katamaran, który testowaliśmy rok wcześniej, w lipcu 2021 roku. Jeszcze przed jego oficjalną światową premierą na targach jachtowych w Caannes. Pełen test jachtu z jego opisem i danymi technicznymi możecie znaleźć pod poniższym linkiem.
My zajmiemy się korzystaniem z życia na pokładzie katamaranu.
Tym razem, do dyspozycji mieliśmy cały dzień i TimeSquare 20, tylko dla nas. Baterie naładowane na 100%, lodówka pełna, ciała nakremowane, można ruszać na wodę.
Podobnie, jak poprzedniego dnia, rozpoczęliśmy od szaleństw. Pełna prędkość, zwroty, pływanie pod falę i wiatr, a później w przeciwną stronę. Maksymalnie katamaran rozpędził się do prędkości ponad 20 km/h, ale nie to było celem naszego dnia na wodzie.
Po około godzinie testowania, szukania odpowiedniej dla nas prędkości, doszliśmy do wniosku, że około 8 km/h będzie dla nas tą optymalną szybkością.
Tego dnia jezioro było dosyć mocno zafalowane i ta prędkość pozwalała nam się sprawnie poruszać i manewrować. Można też było bezpiecznie poruszać się po pokładzie. A przy tym wszystkim, zużycie energii elektrycznej było znikome.
Korzystając z dostępności łodzi na cały dzień, postanowiliśmy opłynąć jezioro dookoła.
Pierwszym punktem wycieczki była osłonięta od fal i wiatru zatoczka w okolicy Zamku Ort. Tam sprawdziliśmy, czy po wskoczeniu do wody z łodzi elektrycznej nie porazi nas prąd.
Prąd nas poraził, ale prąd zimnej wody! Przy temperaturze powietrza bliskiej 30 stopni C, temperatura wody w górskim jeziorze nie miała więcej niż 20 stopni. Było bardzo orzeźwiająco! Poza gwałtownym ostudzeniem ciała, nie spotkało nas nic niebezpiecznego.
Pływając jachtem z napędem elektrycznym, bez problemu możemy się przy nim kąpać! Co więcej, nawet kiedy się porusza, możemy wkładać rękę do wody. No, chyba że włożymy ją niebezpiecznie blisko śruby.
Po kąpielach ruszyliśmy wzdłuż brzegu, w kierunku miejscowości Traunkirchen i pięknie położonego, posiadającego własną marinę hotelu Das Traunsee. Polecamy go, a także odwiedziny w tym małym, bardzo ładnym miasteczku.
Tym razem tylko opłynęliśmy cypel, na którym położony jest hotel. Nasze ogromne zapasy zgromadzone w chłodziarce jachtu, nie mogły się zmarnować. Zrezygnowaliśmy z przerwy na obiad i popłynęliśmy dalej w kierunku Ebensee.
Po dopłynięciu do ujścia górskiej rzeki Traun ruszyliśmy w drogę powrotną. Teraz wzdłuż przeciwnego, skalistego i niezamieszkałego brzegu jeziora.
W drodze powrotnej płynęliśmy pod falę i wiatr, dlatego dołożyliśmy trochę mocy i kontynuowaliśmy naszą podróż powrotną, opróżniając zgromadzony prowiant.
Do mariny w Gmunden wróciliśmy przed godziną 19.
Na wodzie spędziliśmy około 8 godzin korzystając z elektrycznej TimeSquare 20 tak, jak korzystalibyśmy z każdej innej łodzi z tradycyjnym napędem spalinowym. Powiem więcej, w przypadku tej łodzi nie martwiliśmy się o spalanie, bo podłączenie do sieci w macierzystej marinie nic nas nie kosztowało. Jedynie, co jakiś czas sprawdzaliśmy stan baterii i zasięg podawany w kilometrach. Był on dodatkowo pokazywany w formie graficznej, w formie okręgów na monitorze chartplottera.
Po powrocie do Gmunden po 8 godzinach niemal ciągłego płynięcia, także pod wiatr i falę, po conajmniej godzinie pływania z pełną prędkością okazało się, że zużyliśmy mniej niż 50% energii zgromadzonej w akumulatorach!
Czy wypływając rekreacyjnie, z rodziną lub znajomymi na jezioro płyniemy non stop przez 8 godzin? Raczej nie. Zatrzymujemy się na kąpiel, cumujemy gdzieś na obiad, robimy przerwy. Nawet płynąc turystycznie wypornościowym jachtem po wodnym szlaku, rzadko płyniemy 8 godzin bez przerwy. My płynęliśmy stale przez 8 godzin, z jednym tylko przystankiem na krótką kąpiel, bez rzucania kotwicy.
Weekend z “elektrykami” Frauscher – podsumowanie
Myślę, że w normalnym użytkowaniu, bez problemu moglibyśmy korzystać z TimeSquare 20 przez cały weekend, bez konieczności doładowywania baterii.
Lipcowy pobyt w Gmunden i 1,5 dnia pływania “elektrykami” po Traunsee pomógł nam zrozumieć, jak te łodzie sprawdzają się podczas normalnego, wypoczynkowego dnia na wodzie. Zobaczyliśmy, że tak naprawdę to poza brakiem hałasu, korzystanie z takiej łodzi nie różni się od pływania łodzią z napędem spalinowym.
Podczas kiedy my pływaliśmy TimeSquare’m 20, ktoś inny wykorzystywał inną elektryczną łódź Frauscher do holowania narciarza!
Na jeziorze Traunsee od lat w miesiącach letnich obowiązuje zakaz korzystania z silników spalinowych. Dla armatorów, pływanie łodzią elektryczną jest tak samo naturalne, jak dla nas pływanie łodzią spalinową.
U nas to ciągle jest ciekawostka, zwłaszcza szybkie łodzie elektryczne. Jachty z mocnym napędem elektrycznem są niestety droższe i wymagają specjalistycznej obsługi serwisowej. Brakuje też stanowisk do ładowania takich jednostek.
O ile na Mazurach raczej nie powinno być problemu ze znalezieniem gniazdka 230V, to już na mniej uczęszczanych szlakach, może to już nie być tak proste. Pamiętam, jak znajomi na jeziorze Powidzkim mówili, że musieliby rozwijać prawie 200 m przewodu z domku letniskowego, gdyby mieli elektryczną motorówkę.
Nie wspominam już o stacjach szybkiego ładowania, które wymagają wyższego napięcia i związanych z tym zabezpieczeń.
Weekend z “elektrykami” Frauscher – „elektryczność” na wodzie jest bliżej niż nam się wydaje
Coraz więcej krajów wprowadza ograniczenia w użytkowaniu łodzi z napędem spalinowym na swoich akwenach. Myślę, że jest to kwestia czasu, kiedy i na naszych szlakach pojawi się więcej takich miejsc. Mam tylko nadzieję, że te ograniczenia zostaną poprzedzone budową odpowiedniej ilości stacji ładowania, zapewniających odpowiednią moc i bezpieczeństwo.
Pamiętam, jak kiedyś walczyliśmy o stacje paliw na szlakach wodnych. Teraz chyba przyszedł czas na walkę o budowę sieci ładowarek. W innym przypadku pozostanie nam rozwijanie przedłużaczy.
Naszą wyprawę do Gmunden zakończyliśmy wizytą w stoczni Frauscher.
Tam, jak zwykle, poznaliśmy kilka tajnych planów stoczni. Są one imponujące, ale ciągle ściśle tajne. Pierwszy z nich zdradzimy najprawdopodobniej w sierpniu, tuż przed targami w Cannes…Pozostańcie z nami!
Przypominamy, że nowym przedstawicielem stoczni Frauscher w Polsce jest firma RR-Yachts.
Tekst Arek Rejs, zdjęcia i video Arek Rejs/Stanisław Iwiński



































